20 listopada 2005 roku dr Anthony Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych przy Narodowym Instytucie Zdrowia, brał jako ekspert udział w programie Tima Russerta Meet the Press, emitowanym przez telewizję NBC.
RED. RUSSERT: Doktorze Fauci, w jaki sposób wyjaśni Pan widzom to, o czym rozmawiamy, czyli prawdopodobieństwo wystąpienia pandemicznej grypy? Po pierwsze, jakie prawdopodobieństwo ma Pan na myśli? Po drugie — jak bardzo ludzie powinni się bać…
DR FAUCI: Myślę, że ważne jest umieszczenie tego w ogólnym kontekście pandemicznej grypy… Mieliśmy do czynienia z czarnym scenariuszem w 1918 roku, kiedy to..-, zmarło około 50 milionów ludzi… Z kolei grypa z roku 1968 wyglądała całkowicie inaczej. Owszem, była to wciąż pandemia, ale w porównaniu z innymi — raczej łagodna… Prędzej czy później, zważywszy na ewolucję wirusów, wybuchnie kolejna pandemia. Może to nastąpić za kilka, ale równie dobrze za 15 albo 20 lat. Jeżeli jednak nic takiego się nie zdarzy, nie oznacza to, że zmarnowaliśmy wysiłki na przygotowania, gdyż pandemia w końcu nastąpi…
Powyższy cytat z wystąpienia dr. Fauciego, jednego z najwybitniejszych światowych ekspertów zajmujących się chorobami zakaźnymi, jest niezwykle dobitny. Obawiam się jednak, że większość telewidzów usłyszała wyłącznie zdanie: „Zmarło około 50 milionów ludzi”. Zdecydowałem się napisać tę książkę, ponieważ niepokoi mnie łatwość, z jaką pojęcia związane z ptasią grypą wywołują powszechny alarm. Informacje takie jak ta łatwo przyjąć w sposób tendencyjny i odnieść wskutek tego mylne wrażenie, że jesteśmy narażeni na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Jeżeli będziesz kontynuować lekturę, zorientujesz się, że ptasia grypa stanowi głównie teoretyczne zagrożenie, osadzone w szerszym kontekście chorób i zdrowia publicznego.
Urzędnicy sektora ochrony zdrowia muszą zdobywać pieniądze na prowadzenie swoich projektów. Bardzo łatwo jest motywować konkretne potrzeby, wskazując na jakieś duże zagrożenie. Jednakże dla każdego, kto podąża tą ścieżką, stawanie przed światłami reflektorów i przybieranie roli obrońcy jest w rzeczywistości podpisywaniem faustowskiego cyrografu. Zbyt często bowiem bywa, że afera wokół danego tematu, stosowana jako narzędzie pozyskiwania funduszy, sprawia, że pieniądze trafiają nie tam, gdzie powinny. Przygotowywanie się na najgorszą ewentualność to jedno, ale poświęcanie uwagi czy pieniędzy na wydarzenie, które nie występuje zbyt często, choć jest potencjalnie bardzo destruktywne w krótkim okresie czasu, nie pozwala nam na właściwe przygotowanie się na skutki długofalowe.
Większość z nas motywuje do działania sam lęk przed śmiercią. Wiąże się on z naszym lękiem przed nieznanym.
Kiedy pojawia się temat ptasiej grypy, większość ludzi zadaje takie same pytanie, które brzmi: „Czy wszyscy umrzemy?”. Taka postawa nie bierze się znikąd. Najczęściej przewijające się w mediach stwierdzenie dotyczące ptasiej grypy to: „Nie jest to już pytanie o to, czy epidemia nastąpi, lecz kiedy”. Miało ono wyłącznie informować, lecz w efekcie budzi przerażenie i sprawia, że czujemy na karkach oddech śmierci.
W rzeczywistości, wcale nie jest pewne, czy wirus ptasiej grypy, który obecnie zbiera swoje żniwo wśród milionów ptaków w południowo-wschodniej Azji, zmutuje tak, by móc się przenosić między ludźmi. Nie wiadomo nawet, czy w takim przypadku doprowadzi to do powstania wirusa tak zabójczego dla ludzi, jak obecnie dla ptaków. Bardzo wątpliwe jest również to, że przy obecnym stanie medycyny i opieki zdrowotnej, ptasia grypa będzie wystarczająco zabójcza, by powtórzyć scenariusz grypy „hiszpanki” z 1918 roku.
Z cala pewnością dobrze jest być przygotowanym na najgorszy scenariusz. Niestety, naiwnością byłoby zakładać, że przygotowania nie idą w parze z oczekiwaniami. Jeżeli ptasia grypa zmutuje już w tym roku i zacznie się rozwijać, najlepszym rozwiązaniem będą duże rządowe zapasy leków. Jeżeli jednak, co jest znacznie mniej prawdopodobne, na kolejną pandemię grypy przyjdzie nam poczekać wiele lat, wówczas najrozsądniejszym kierunkiem działania będzie ulepszanie szczepionek przy wykorzystaniu inżynierii genetycznej.
Producenci szczepionek obawiają się nowej technologii, ponieważ jest ona niebezpieczna i jeśli zostanie wprowadzona zbyt szybko, istnieje poważne ryzyko pociągnięcia ich do odpowiedzialności przez ludzi, u których pojawią się potencjalne niepożądane efekty uboczne. Oprócz tego, wytwarzanie szczepionek jest kosztownym przedsięwzięciem (do tego niezbyt dochodowym), zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę konieczność sterylizacji. Ponadto obecne metody produkcji zajmują trzy do sześciu miesięcy, przez co nie da się ich wprowadzić tuż po tym, jak zabójczy wirus zacznie się rozprzestrzeniać.
Tak więc urzędnicy związani ze służbą zdrowia koncentrują się na najgorszym możliwym scenariuszu, gdyż zdają sobie sprawę, jak wiele jest luk w systemach bezpieczeństwa. Tworzenie takich metod, by mogły zadziałać w każdej sytuacji, wymaga silnego wsparcia producentów szczepionek (ubezpieczenia, prawa odnośnie odpowiedzialności, miliardy dolarów), jak również działania naszych szpitali w sytuacji kryzysowej. W międzyczasie urzędnicy muszą poinformować ludność w sposób uczciwy, jednakże niewzbudzający paniki.
Niestety, strach sam jest wirusem: rozprzestrzenia się on szybciej i działa znacznie bardziej destruktywnie niż sama grypa. Dla przykładu, przy obecnym poziomie lęku przed ptasią grypą, nawet jeżeli jeden kurczak zostanie zarażony wirusem H5N1, może to być przyczyną ogromnych strat dla amerykańskich hodowców drobiu, dostarczających jedną trzecią światowego zapotrzebowania na ten produkt. Import naszych kurczaków będzie zakazany, tak jak sami zakazaliśmy importu europejskiej wołowiny po wykryciu „choroby wściekłych krów” we wczesnych latach 90.
Patrząc na ostatnie wydarzenia, możemy oduczyć się takiej przesady. Dla przykładu, „choroba wściekłych krów” przyczyniła się do nadwerężenia gospodarki brytyjskiej, gdyż ludzie przykładali zbytnią wagę do najczarniejszych scenariuszy i zapominali o barierze, chroniącej nas przed chorobami zwierzęcymi. W kulminacyjnym punkcie epidemii chorobę wykryto u 100 000 krów, ale jedynie ponad 100 osób zaraziło się nią po zjedzeniu wołowiny.
Podobnie SARS zaszkodziła gospodarce azjatyckiej, głównie w wyniku lęku, że rozprzestrzeni się ona po całym świecie, gdyż ludzie nie są na nią uodpornieni. Mądrze jest podejmować środki zapobiegawcze, lecz SARS, podobnie jak wirus Ebola czy Marburg, spowodował więcej szkód, wywołując panikę niż doprowadzając do śmierci zarażonych. W roku 2003 na SARS zachorowało około 7000 osób, przy czym w Stanach Zjednoczonych nie odnotowano ani jednego przypadku; w tym czasie gospodarka azjatycka straciła ponad 30 miliardów dolarów. Strach był najszkodliwszym czynnikiem SARS i podobnie może to wyglądać w przypadku ptasiej grypy.
Już w obecnej chwili Amerykanie obawiają się jeść kurczaki oraz indyki, a Centrum Kontroli Chorób w Atlancie otrzymuje setki telefonów z zapytaniami, czy hodowcy ptactwa są bezpieczni. W Wielkiej Brytanii, po wykryciu wirusa ptasiej grypy u jednej papugi, spożycie drobiu spadło o jedną trzecią. W Azji kurczaki chodzą po ulicach, kontakt z ptakami jest znacznie częstszy, a do tradycji należą walki kogutów wymagające bardzo bliskiego kontaktu (wliczając w to wymianę śliny z ptakiem), a mimo to zanotowano tam poniżej 140 przypadków zakażenia, z czego około 70 śmiertelnych. Jednakże pomimo niewielkiego zagrożenia, mieszkańcy Azji zostali sparaliżowani strachem.
W USA strach rozprzestrzenia się nawet bez obecności ryzyka. Ludzie boją się wyjeżdżać do Azji, boją się dotykać ptaków i jeść ich mięso. Dzieje się tak dlatego, że wiadomości przyjmujemy w chorobliwie osobisty sposób, a eksperci od spraw zdrowia, których szkolenie obejmuje pracę laboratoryjną, a nie umiejętność publicznego przemawiania, wciąż nie potrafią informować nas tak, byśmy nie zaczynali od razu zakładać najgorszego.